W czwartek wybrałem się na drugą w tym roku zasiadkę nad jezioro,
które odwiedzałem 2 lata temu. Nad wodę dotarłem o godzinie 18.00, więc od razu wziąłem się do pracy, najpierw nęcenie, szykowanie wędek, browarek. Niestety miejsce oddalone jest około 40 m od samochodu - dosyć daleko. Po godzinie 19.00 jest branie, niestety jestem obok samochodu, po przebiegnięciu około 20 m sygnalizator przestał piszczeć, haczyk bezzadziorowy i po rybie. O godzinie 23.00 przyjechał kolega Rafał, pomogłem mu się rozwinąć, popijając piwko. W nocy cisza nic się nie działo. Rano zmiana kulek, śniadanko, kawka browarek, nadal cisza, więc wzięliśmy się do pracy i przygotowaliśmy dojazd do stanowiska, co zajęło nam około 7 godzin. Odczuliśmy lekkie zmęczenie, ręce bolały od piłowania, ale dojazd został zrobiony – byliśmy zadowoleni, że możemy być już przy wędkach. Trzeba było brać się za zmianę kulek (polecam kulki dipować przed wędkowaniem dosyć długo -taka specyfika wody). Godz 20.00 kilka kulek wylądowało we wodzie, kolega Rafał stwierdził, że nie zmienia kulek, ja podjąłem decyzję jednak o zmianie. Noc minęła dość niespokojnie przez sygnalizatory, które ciągle popiskiwały, jakby ryby chodziły po żyłkach, ale brania przez całą noc nie było. O godz 7.00 znowu zawycie sygnalizatora i cisza, minęło zaledwie15 min jak sygnalizator przypomniał mi swoje dźwięki, wyskoczyłem z samochodu na skarpetkach i zacięcie „jest ryba”,stawia dosyć duży opór, ale idzie spokojnie na głęboką wodę. Po 30 m cofnęła się, nastąpił spław. „O mówię sobie jest nieźle”. Kiedy zobaczyłem ją przy brzegu od razu wiedziałem, że jest to mój największy karp jakiego kiedykolwiek złapałem i do tego moje marzenie pełnołuski, kolega Rafał podebrał i karp znalazł się na brzegu, zważyliśmy go (13,40)w siatce od podbieraka, więc daję mu 13 kg. Chłopaki nawet nie wiecie jaka frajda, łowiłem na głębokości około 1m, może 1,2m, kulki wiecie jakie (proteinowe). Dziękuję mojej żonie, że pojechała do swojej przyjaciółki i namówiła mnie na ten wyjazd.




Pozdrawiam
Karol Kubiak